zmęczona
Zmęczona jestem. Prowadzenie domu, pielenie ogrodu, niezbyt zresztą mozliwe, z powodu a to obfitych deszczy a to mały nędznych kreatór, stadnie chcących wyssać mą krew, robienie zapraw, praca, a nade wszystko marudna jak stado móch prawie dwu - i półlatka potrafią wymęczyć.
Moja psyche błaga o babcię, ciocię, wujka, kogokolwiek, kto choć jeden dzień zajmie się moją marudą ukochaną, posprząta mi w domu, ugotuje obiad i poprasuje. I wyrwie zielsko z ogródka. I umyje okna i drzwi.
Ciągle jestem z czymś do tyłu, ciągle mam wrażenie bałaganu w domu.
I w głowie zresztą też.
A pomoc nie nadchodzi. Chętnych nie ma. Bierzemy się zatem razem z D. z dwudziestym dziewiątym mmiesiącem za bary i trwamy. Coraz bardziej zmęczeni. Czasem zniechęceni, poirytowani albo po prostu źli.
Czy są tego stanu dobre strony?
Moze ta, że nie licząc na pomoc ze strony kogokolwiek, musimy nasze dziecko wychowywać tak, aby dało się z nim przetrwać. I jak na dwu - i pół latkę to nie jest źle. Sama zasypia, czytając sobie książkę, kiedy się budzi, nie robi alarmu na cały dom, tylko czyta sobie książkę, nie kaprysi przy jedzeniu, umie się sama sobą zająć, jak tylko znajdzie jakieś interesujące zajęcie, nie robi w pieluchę, nie moczy się w nocy, nie ssie palca, ani smoka, ani butelki. Ostatnio coraz przyjaźniej reaguje na gości. I gada, coraz lepiej, coraz bardziej skomplikowanie, zdaniami złożonymi.
Czasem się awanturujemy. Kłócimy ze sobą, jak Julka mówi. Zmęczeni rodzice nie są bowiem zbyt wyrozumiali. Czasem mam z tego powodu wyrzuty sumienia. Bo może szkoda, że dwu - i pół latka już wie, co to znaczy, że mama krzyczy. A z drugiej strony taka właśnie teraz jestem. Zmęczona, poirytowana, zniecierpliwiona. I czy mam udawać dla mojego dziecka, że jest super, skoro nie jest? W końcu jesteśmy rodziną, a co za tym idzie jesteśmy ze sobą i w dobrym i złym momencie. A Julka jakby zrozumiała, bo dziś trochę nam odpuściła swoich dwu - i półlatkowych buntów i prób stawiania na swoim. I dziś nie czuję się aż tak zmęczona.
Moja psyche błaga o babcię, ciocię, wujka, kogokolwiek, kto choć jeden dzień zajmie się moją marudą ukochaną, posprząta mi w domu, ugotuje obiad i poprasuje. I wyrwie zielsko z ogródka. I umyje okna i drzwi.
Ciągle jestem z czymś do tyłu, ciągle mam wrażenie bałaganu w domu.
I w głowie zresztą też.
A pomoc nie nadchodzi. Chętnych nie ma. Bierzemy się zatem razem z D. z dwudziestym dziewiątym mmiesiącem za bary i trwamy. Coraz bardziej zmęczeni. Czasem zniechęceni, poirytowani albo po prostu źli.
Czy są tego stanu dobre strony?
Moze ta, że nie licząc na pomoc ze strony kogokolwiek, musimy nasze dziecko wychowywać tak, aby dało się z nim przetrwać. I jak na dwu - i pół latkę to nie jest źle. Sama zasypia, czytając sobie książkę, kiedy się budzi, nie robi alarmu na cały dom, tylko czyta sobie książkę, nie kaprysi przy jedzeniu, umie się sama sobą zająć, jak tylko znajdzie jakieś interesujące zajęcie, nie robi w pieluchę, nie moczy się w nocy, nie ssie palca, ani smoka, ani butelki. Ostatnio coraz przyjaźniej reaguje na gości. I gada, coraz lepiej, coraz bardziej skomplikowanie, zdaniami złożonymi.
Czasem się awanturujemy. Kłócimy ze sobą, jak Julka mówi. Zmęczeni rodzice nie są bowiem zbyt wyrozumiali. Czasem mam z tego powodu wyrzuty sumienia. Bo może szkoda, że dwu - i pół latka już wie, co to znaczy, że mama krzyczy. A z drugiej strony taka właśnie teraz jestem. Zmęczona, poirytowana, zniecierpliwiona. I czy mam udawać dla mojego dziecka, że jest super, skoro nie jest? W końcu jesteśmy rodziną, a co za tym idzie jesteśmy ze sobą i w dobrym i złym momencie. A Julka jakby zrozumiała, bo dziś trochę nam odpuściła swoich dwu - i półlatkowych buntów i prób stawiania na swoim. I dziś nie czuję się aż tak zmęczona.
Komentarze
Prześlij komentarz