metamorfoza

Nie posłałam Julki do przedszkola. Mimo, ze była zapisana, mimo ze dwa razy tygodniowo chodziliśmy oglądać nowy budynek i zaglądaliśmy przez okno. Trochę to był przypadek. Na kilka dni wcześniej Daras zaczął pracować i dojeżdżać do pracy autem, a ze mamy tylko jedno... po prostu rozwiązanie samo wyszło. I tak, zamiast mojego wolnego września, zostałam sama w domu z dwu i pół latką. I... rozwiązanie to przeszło wszelkie moje oczekiwania. Dziecko złagodniało, nie wrzeszy na widok gości, tak częstko pojawiających się w naszym domu, samo się bawi, mogę przy niej nawet robić zapasy, o prasowaniu i sprzątaniu nie wspominając.
I tak oto zaczęła we mnie kiełkować myśl o home schooling i o nie posyłaniu młodej ani do przedszkola ani do szkoły. To, co czytam w necie o domowej edukacji jest fasycynujące. Raduje mnie myśl, że mogłabym wziąć sprawy edukacji małej w swoje ręce i zamiast produktu masowej edukacji wypuścić za kilkanaśnie lat indywidualistę, nauczoną samodzielnego myślenia i twórczych rozwiązań, która nie zetknęła się z fizyczną i psychiczną przemocą w szkole. Fascynuje mnie też myśl, że dzieci mogą, tak całkiem po prostu, dorastać w rodzinie, w niej się uczyć i kształtować społeczne zachowania. Nie przekonuje mnie myśl, że dziecko do rozwoju potrzebuje kontaktu akurat z rówieśnikami, jak gdyby nie mogło uczyć się od starszych lub ucząc młodszych. Kiedy jeszcze potem w życiu będziemy współpracować wyłącznie z rówieśnikami?!
Rozważam, czytam, myślę. I powoli czuję, jak mój świat wreszcie zaczyna się układać.

Komentarze

Popularne posty