lubię styczeń

Lubię, bo... jest juz inne światło, a jednocześnie jest jeszcze dużo ciemnych dni, takich które prowokują do przytulnego siedzenia w domu i czytniu dziecku takiej sobie na ten przykład książki o krowie Mamie Mu. Albo uśmiechaniu się do drzew, targanych przed przed wiosennym wiatrem, siedząc sobie w cieplutkim domku nad kubkiem gorącej herbaty albo kieliszkiem wina.
Nowy Rok lubię bardziej niż Boże Narodzenie. Lubię to poczucie, że oto mam nowiutkie trzysta sześćdziesiąt pięć dni do zapisania. Oczywiście, nie wiem, co się wydarzy, w końcu, wydarzyć może się wszystko, ale na ten moment smakuje pierszy dzień nowego roku i wierzę, że kolejne będę smakować równie uważnie, bez strachu i negatywnych emocji.
Bo tak staram się teraz właśnie żyć, jak najbardziej każdym dniem, każdą chwilą, tym, że właśnie jest niedzielne popołudnie i pieczemy z Julką ciasteczka, albo że stoję sobie przy zlewie i zmywam, albo jestem zmęczona wieczorem, padam do łóżka i zasypiam w połowie pierwszego zdania wiernie leżącej obok mnie książki. Dobrze się tak żyje. Nie myślę o tym, co będzie jutro, trochę planuję, ale bez przesady, nie myślę o tym, co było wczoraj. Teraz jest teraz i tylko to się liczy. Jak widać, pilna ze mnie uczennica Osho, choć przeczytałam zaledwie kilka stron, odmienił i odmienia stale moje myślenie o życiu.
Dziś chodzę w warkoczach. I uśmiecham się do swojego odbicia w lustrze.

Komentarze

Popularne posty