poświątecznie
No, ależ to były święta. Najpierw skromna wigilia z teściówką i kolędami, które śpiewaliśmy w akompaniamencie wszystkich niemali instrumentów mojej córki. Potem świąteczny poranek z rozpakowywaniem prezentów w łóżku. Świąteczny obiad, także z teściówką, a nawet wizyta w kościele, celem obejrzenia szopki. Kiczowata, ale co tam, nie o to chodzi. No i drugi dzień świąt i niespodziewana wizyta Daraswego syna z żoną, potem dołączyła teściówka, spragniona widoków wnuka, a na koniec przyjaciel, gra w karty, żubrówka z colą. Było świetnie. Tylu fajnych ludzi! Naprawdę cieszę się, że Szymonowi i Kajce chciało się przyjechać. Jakoś tak, pozytywnie widzę rozwój więzi rodzinnych, co cieszy bardzo, bo przecież taka beznadzieja była jeszcze parę lat temu. Wychodzimy na prostą, nie ma co.
Dziś leniwy dzień, nieco skacowany, nie da się ukryć, ale to taki pozytywny kac, takie oczyszczenie jakby.
Jeszcze kilka dni odpoczynku, potem wracam do rytmu dnia powszedniego.
Niemniej, mam za sobą nieco przemyśleń, jakieś tam postanowienia na przyszłość, jakieś zadania, jakieś zmiany. Trochę zmiękłam, trochę znów straciłam na hardości ducha.
Jeszcze jedno odkrycie zrobiłam przez ten czas, ale na razie zbieram się na odwagę, żeby je powiedzieć publicznie, hehe.
No dobra, dość tej durnej pisaniny. Zdaje się, że nie da się pisać do rzeczy i słuchać muzy jednocześnie. Pół mózgu mi nie pracuje. Mam wrażenie, że piszę palcami na klawiaturze, nie umysłem.
To dobrej nocy. Bye bye.
Tylko, że dobrze mi się stuka. Pełnia. Spać się nie chce. Cóż tu robić zatem? Snuć się białą damą po domu? Straszyć szuraniem garnków. Oooo, pranie zrobiłam, mogę wyjąć i powiesić. No, ale tego to akurat mi się nie chce. Zresztą, musiałabym się odciąć od neta i muzy. Co to za przyjemność, na paluszkach, nie budząc nikogo ze śpiących kochanych domowników, krzątać się po mieszkaniu? Żadna.
Nie no, bredzę, przecież lubię te właśnie cichutkie zadania westalki domowego ogniska. Dobra, to idę.
Dziś leniwy dzień, nieco skacowany, nie da się ukryć, ale to taki pozytywny kac, takie oczyszczenie jakby.
Jeszcze kilka dni odpoczynku, potem wracam do rytmu dnia powszedniego.
Niemniej, mam za sobą nieco przemyśleń, jakieś tam postanowienia na przyszłość, jakieś zadania, jakieś zmiany. Trochę zmiękłam, trochę znów straciłam na hardości ducha.
Jeszcze jedno odkrycie zrobiłam przez ten czas, ale na razie zbieram się na odwagę, żeby je powiedzieć publicznie, hehe.
No dobra, dość tej durnej pisaniny. Zdaje się, że nie da się pisać do rzeczy i słuchać muzy jednocześnie. Pół mózgu mi nie pracuje. Mam wrażenie, że piszę palcami na klawiaturze, nie umysłem.
To dobrej nocy. Bye bye.
Tylko, że dobrze mi się stuka. Pełnia. Spać się nie chce. Cóż tu robić zatem? Snuć się białą damą po domu? Straszyć szuraniem garnków. Oooo, pranie zrobiłam, mogę wyjąć i powiesić. No, ale tego to akurat mi się nie chce. Zresztą, musiałabym się odciąć od neta i muzy. Co to za przyjemność, na paluszkach, nie budząc nikogo ze śpiących kochanych domowników, krzątać się po mieszkaniu? Żadna.
Nie no, bredzę, przecież lubię te właśnie cichutkie zadania westalki domowego ogniska. Dobra, to idę.
Komentarze
Prześlij komentarz