kryzys

Julka miała kryzys swojej ukochanej, cudownej i prześwietnej zerówki. Płacz i rozpacz każdego dnia i wiele wiele innych zmartwień ogarnęło małą główkę. Najpierw zareagowaliśmy jak mniej fajni rodzice, ale szybko szał złości i  niezrozumienia nam minął i podjęliśmy działania zaradcze. Porozmawialiśmy z dzieciną, która powiedziała, że bardzo tęskni, że przedłużone wtorki zupełnie ją przerastają, że pluszak byłby bardzo na miejscu (a oficjalnie jest zakaz) i że poranki we wspólnej grupie to nie jest to, o co chodzi. I tak, z wtorków zrezygnowaliśmy, trudno, będzie siedzieć w domu, kiedy uczę, zdana na własną pomysłowość. Tata zawozi młodą na 8 i tym samym siedzi w pracy do 16.30, co się nawet obróciło na dobre, bo okazuje się, że o tej godzinie wraca się sprawniej i szybciej. Panie wychowawczynie przymknęły oko na pluszowego bernardyna. No i jest lepiej. Z każdym dniem lepiej. I znowu się przekonałam, że problemy dzieci da się rozwiązać, trzeba je tylko zrozumieć i wyjść im naprzeciw. Uśmiech.

Komentarze

Popularne posty