frustracja mamy

Tak, poczułam się dziś sfrustrowana. Od pół roku mniej więcej moje dziecko wstaje z popołudniowej drzemki z histerycznym płaczem. Ja dwoję się i troję, żeby złagodzić moment przejścia ze snu do jawy, a moje kruszynka rozpada się na całego. I dziś mnie szlag trafił. Bo co ja tu jestem winna? Jeszcze ciepłe kakao do łózia przynoszę. Ech... bunty to my teraz mamy na porządku dziennym. Bunty o wszystko, ale zwłaszcza o zmianę pieluchy, o sadzanie na nocnik, o mycie wieczorem, o myciu włosów nawet nie wspomnę. Czy ona kiedyś będzie miła i zgodliwa? Czy czeka mnie całe życie walki z tą niezależną istotą? Bo jeśli tak, to chyba nie jestem przygotowana. Wsadźcie ją spowrotem do brzucha, a ja sobie jeszcze kilka spraw przemyślę.
Z innej beczki.
Moje cudowne pomidory nie przeżyły jesiennej aury, którą nasz dziwny klimat serwuje od jakiś trzech tygodni. Zabrakło dosłownie kilku dni ciepełka. Porażka. I to dotkliwa. Choć nie ukrywam że wszystko inne (no, poza bobem) się udało. W przyszłym roku ruszam z nowym zapałem i mam nadzieję, że z większym ogrodem. I sadem, oczywiście.

Komentarze

Popularne posty