[*]

Od dawna nosiłam się z zamiarem napisania nowego posta. O styczniowym cudzie, czyli wieści o tym, że udało nam się stworzyć julkowe rodzeństwo. Tymczasem w sobotę, raptem pod koniec piątego tygodnia ciąży zaczęło się plamienie. Dosłownie w panice uciekaliśmy od znajomych i gnaliśmy do szpitala. Zostałam sama. Ja i ogromny stres plus wielka niewiadoma. Plamienie ustało i niemal chciałam wiać do domu, ale oczywiście lekarz się nie zgodził. W niedzielę wieczorem zaczęło się znowu, potem coraz mocniej. Już wiedziałam, co się dzieje, choć pielęgniarka pocieszała, że mam nie tracić nadziei. Poniedziałkowe usg i wyniki beta dały jednoznaczną diagnozę. Zaraz potem zabieg, dziś mnie wypuścili do domu.
Jestem sobie w stanie wytłumaczyć, że Los chciał inaczej. Nie ukrywam, że od samego początku nie miałam dobrych przeczuć co do tego dziecka, ale już zdążyłam się nim nacieszyć. Doświadczenie szpitala, tego całego stresu i niewiadomej, a przede wszystkim rozstania z Julką nie wróżą mojemu przyszłemu macierzyństwu dobrze. Nie jestem w stanie sobie wyobrazić kolejnej ciąży bez problemów, a długi pobyt w szpitalu to nie dla mnie. Na ten moment Jula zostanie jedynaczką.
Cały czas mam wrażenie, że zaraz coś się wydarzy i będę musiała tam wrócić. Brr...
Julka i tata dali sobie radę, aczkolwiek mała od wczoraj nie rozstawała się z butelką, wypijając dosłownie morze herbatek. Ssanie smoczka zawsze działało na nią uspakajająco. Kiedy wróciłam, była na mnie obrażona i mówiła mi papa, wybierając nianię. Na szczęście szybko jej to przeszło i chyba zaczyna wracać do normy. Ja tymczasem wracam do pracy, ogrodu i wychowywania. Chcę zapomnieć ten szpital.

Komentarze

Popularne posty