kwestia stworzenia

Ktoś, Kto mnie stwarzał, nie przewidział mozliwości uzywania mej zewnętrznej powłoki w takich temperaturach, jakie zapanowały. Nasz domowy piec pozera siedem wiaderek węgla dziennie, czyli jakieś 70 kilo, a ja mam na sobie koszulkę, bluzkę i dwa swetry oraz podwójne skarpety i kapcie góralskie. Wczoraj poszłam spać w skarpetach, swetrze i szaliku. Dziś dorzucę jeszcze gacie, bo mi pośladki mroziło (a jest co mrozić, oj jest). Wieje zimnym powietrzem zewsząd, z okien, ze ścian, spod podłogi. Na nic zdaje się fantastyczna przedwojenna konstrukcja podwójnego muru z poduszką powietrzną w środku. Zaczynam marzyć o styropianie, choć do tej pory zamknięcie się w styropianowym termosiku wydawało mi się profanacją. Ale teraz, teraz jest inaczej; ciągle mam zimne palce. Po prostu nie sposób pracować, nawet, jeśli, jak ja dzisiaj, okryłam nogi grubym kocem. Rozum i tak mi zamarza, bo z trzech figur, dwie pomalowałam źle. Moja wina nie jest może tak wielka, bo instrukcje o tym, jak malować, dostałam już (jak zawsze) po fakcie, ale mogłam przecież, och mogłam okazać się cokolwiek przezorniejsza! Bystrzejsza i inteligentniejsza i nie malować akurat czegoś, co nie ma wzoru, tylko się o ten wzór dopomnieć. Ale, zmrożone zwoje mózgowe, pracujące na jedną którąś ustalonego między nami etatu, wysłały tylko mglisty sygnał: daj radę, bądź dzielna! No to byłam. No to będę poprawiać. Byle nie dziś. Dziś mam awersję do malowania. Zawsze tak mam, jak coś skopię.

Komentarze

Popularne posty