zamarzam

Zamarzam naprawdę. Jest tak zimno, ze po wyjściu na dwór po chwili odmarzają mi wszystkie palce. Nie jezdzę samochodem, bo nie mogę utrzymać kierownicy, nawet w rękawicach, a w podwójnych się nie da. W piątek byłam z Julką na zakupach i przeziębiłam sobie gardło, właśnie się choróbsko ujawniło. Nawet nie otwieram okna na noc i mam już odkręcone prawie wszystkie grzejniki. Jak dojdziemy do minus dwudziestu, na pewno odkręcę wszystkie.
Dobrze, że myśli mi nie zamarzają. Nie, nie, te są burzliwe i mieszają mi w głowie, ile się da. Trochę nieposkromione ostatnio. Chciałabym, żeby były bardziej twórcze. Żeby ten chaos w głowie przekładał się na ład w literach i zdaniach. Czasem chodzę sobie po domu, jest mi dobrze i miło i mam takie dobre ulotne refleksje, takie w sam raz do zapisania, ale one są jak sen na jawie. Są i zaraz znikają, gdzieś tam, w mojej głowie, skutecznie tak, żeby już nigdy nie wrócić. I co, chodzić z notatnikiem i piórem cały dzień i zapisywać?
Mieliśmy kryzys ostatnio, jak na znowu wyłączyli prąd. I powstała myśl, żeby stąd wiać, do miasta, do ludzi do rodziny, do łatwiejszego życia. Ale gdy Daras w dzisiejszej rozmowie ze swoim bratem zwerbalizował to pragnienie, sama się przeraziłam. Bo tutaj, choć czasem jest trudno, mogę sobie pozwolić na minimalizm, bylejakość i nietowarzyskość, o ile mam na to ochotę i potrzebę. W mieście to niemożliwe. Tam trzeba być kimś, mieć kasę, odpowiednich znajomych i być dobrze ubranym nawet na codzienne zakupy. Nie to, że nie lubię się ładnie ubierać, ale tutaj, w lesie robię to wtedy, gdy mam ochotę, a nie dlatego, że tak wypada i że tak robią wszyscy.
Miasto kreuje inny rodzaj myślenia. Miasto wymaga konsupcjonizmu. A mnie... jakoś przestało na tym zależeć.
Teraz zależy mi tylko na jednym: żeby pisać.
Ostatnio oglądałam bloga takiej jednej malarki. Blog pisany po angielsku, więc akurat niewiele rozumiem, ale dziewczyna zamieszcza swoje obrazy, rewelacyjne zresztą. Najpierw pożałowałam, że jestem taka stara i ja już tak nie umiem, już malarką nie będę. A potem przyszła myśl, że przecież tyle osób mówi, że świetnie piszę, że, u licha, kocham pisać. I że nie trzeba od razu napisać książki. Że będę pisać takie... impresje, takie właśnie ulotne mometny, które mi się zdarzają, a są tak cudowne, że chciałabym je zachować na dłużej. Jak zdjęcia. Tyle, że opisane słowami. Więc mam pomysł. Impresje z życia w lesie, na wsi, czy jakkolwiek ująć te naszą sytuację życiową. Impresje.

Komentarze

Popularne posty