goście jadą czyli placek

Kiedy przyjezdzają do nas goście, oddaję im jeden pokój do dyspozycji, wpuszczam w wir swojego życia i spokojnie zajmuję swoim dniem codziennym, a może raczej niecodziennym, bo goście na ogół bywają u nas w weekendy. Dzięki temu odpoczywam i cieszę się obecnością innych.
Lubię to.
Lubię, jak ludzie przyjeżdżają w piątek wieczorem, tacy jeszcze zmęczeni tygodniem i pełni trosk miasta. Wpadają do łóżka i zasypiają głębokim kocieńskim snem, a potem na drugi dzień wstają dziwnie wypoczęci. W sobotę wszyscy zwalniamy obroty. Jedynym planem jest wyjazd na targ do pobliskiego miasteczka. Gdzieś w międzyczasie zaliczamy spacery, ploteczki, czasem poważne rozmowy, starmy się okiełznać dzieci, gotujemy jakieś żarcie. Wieczorem, goście mocno tym faktem zdziwieni, odpadają jeszcze wcześniej niż poprzedniego dnia. Powietrze wiejskie służy. Lubię, kiedy zostają do niedzieli do wieczora i tacy napełnieni już klimatem naszego domu gnają do swojego, a my pozostajemy z poczuciem niedosytu, że już ich nie ma, i że wiele rozpoczętych wątków musi zaczekać do następnego razu.
Ludzie, którzy wpadają na dłużej, mają czas, żeby się otworzyć. Rozmowy są wtedy inne. Niektórzy potrzebują wielu spotkań, ale niezwykłe jest być świadkiem takiego otwierania się.
Czy my sami jesteśmy otwarci? I tak i nie. Tak, jeśli goście tacy są, a nie, jeśli nie. Czasem myślę, że działamy jak lustro, w którym ludzie mogą się przejżeć.
Ostatnim moim odkryciem, związamy z gośćmi w naszym domu, jest to, że im mniej przygotowań i starań, tym więcej czasu na prawdziwe spotkanie. Staram się niczego nie ustawiać, nie organizować, wszystkie działania wypływają z potrzeby chwili.
Takiego bycia z ludźmi musiałam się nauczyć i niewątpliwie dokonało się to w naszym obecnym domu. I dzięki ludziom, którzy zostają na dłużej i chcą dać się poznać.

Komentarze

Popularne posty