miasto

Właśnie wróciłam z wielkiego miasta. Wprost nie mogę uwierzyć, że przeżyłam tam piętnaście lat. Spacer z wózkiem od ciotki do babci to nieustanne oglądanie się na wszystkie strony, żeby nas coś nie przejechało. Nie można się zamyślić, bo można wyjść na ulicę wprost dzieckiem pod samochód. Hałas. Spaliny. Odwykłam od takiej okropności.
Po powrocie do domu okazało się, że zupełnie przez przypadek zamknęliśmy jednego z kotów w domu. Uhhh, ohyda. Nalane, nasrane, zjedzona butelka Julki (chciał się gamoń dorwać od resztki mleka). A tak zawsze sprawdzam, czy wszystko w porządku zanim zamknę drzwi przed dłuższym wyjazdem! No, ale ma kocur za swoje. One tu ciągle wpadają do mieszkania, żeby kraść żarcie. Podejrzewam, że ten za szybko nie przekroczy progu domu. W końcu dwa dni samotne, bez picia i jedzenia to chyba żadna frajda, nawet jak na okropnego kota? Chociaz za kota to ręczyć nie mozna...

Komentarze

Popularne posty